”Mamo, naucz mnie żyć z własnymi słabościami.”
Kiedy na świecie pojawia się dziecko wychodzi piękne słońce.
Długie wyczekiwanie, pragnienie, ciekawość jak będzie wyglądać, euforia.
A jeśli dziecko rodzi się niepełnosprawne?
Czy wtedy słońce przyćmiewają szare chmury?
 
Na początku bywają łzy przeplatane radością, strachem, gniewem i pojawia się pytanie ”dlaczego moje dziecko?”. Niestety nie ma wiele czasu na zastanawianie się. Po wzięciu na ręce małej, niewinnej istoty, jakby trochę próbującej się uśmiechnąć przychodzi moment, w którym widzi się CUD. Jedyny, niepowtarzalny cud i nagle najważniejszym w życiu staję się walka o jego życie i dobro. Długie godziny spędzone w podróży od szpitala do szpitala, nieprzespane noce, ciężka rehabilitacja, dni mijające przy szpitalnym łóżku i masa wyrzeczeń – wszystko po to, aby ”postawić” swoją pociechę na nogi, aby w dorosłym życiu była jak najbardziej niezależna i przede wszystkim szczęśliwa. Pojawia się duma i radość z każdego osiągnięcia, z każdego kolejnego kroku. Całe dzieciństwo dziecka jest etapem uczenia się wzajemnego funkcjonowania rodzica z nim.
Z perspektywy dziecka niepełnosprawnego wiem jak bardzo ważną rolę odgrywa nastawienie rodzica i jaki wpływ ma to na akceptację oraz odbiór własnego ”ja”. Moja mama nigdy nie chowała mnie, ani mojej niepełnosprawności w czterech ścianach. Chyba najgorszą rzeczą jaką można zrobić dziecku to wstydzić się go i zamykać na świat tworząc w nim poczucie inności, wstydu i obawy przed wzrokiem innych ludzi. Powtarzała mi zawsze, że to jakie mam ręce nie jest końcem świata, że jestem takim samym dzieckiem jak każde inne, że tylko czasem potrzebuję pomocy. Myślę, że dzięki temu byłam bardzo otwartym dzieckiem i przede wszystkim uśmiechniętym. Nie bałam się nawiązywać nowych kontaktów i przyciągałam do siebie życzliwych ludzi. Kiedy chciałam umyć talerz nie zabierała mi go krzycząc ”bo zbijesz!”, kiedy pierwszy raz chciałam zrobić sobie kanapkę nie usłyszałam ”przecież nie dasz rady.” Jak wszystkie dzieci w pierwszej klasie podstawówki chciałam chodzić na zajęcia nauki tańca. Jak myślicie, co zrobiła moja mama? Poszła na nie razem ze mną! Mimo że wiedziała, że to nie dla mnie dała mi samej się przekonać i podjąć decyzję. I wyobraźcie sobie ulgę mamy kiedy stwierdziłam po pierwszych zajęciach, że było fajnie, ale nie musimy już tam chodzić. <śmiech> Pozwalała próbować mi nowych rzeczy, chwaliła mnie i nigdy nie zniechęcała budując we mnie chęć samodzielnego radzenia sobie i wiary we własne możliwości. Dzięki temu miałam pełną świadomość tego z czym sobie radzę, a w czym potrzebuję pomocy. Nigdy w niczym mnie nie wyręczała sądząc, że nie dam rady, a kiedy faktycznie coś mnie przerastało bez wstydu mogłam poprosić o pomoc. 
Bez wątpienia to wszystko przyczyniło się do tego, że byłam szczęśliwym dzieckiem, a teraz jestem świadomą siebie kobietą, kochającą życie i akceptującą je w stu procentach. To dzięki mamie i moim bliskim jestem jaka jestem, spełniam marzenia, odnoszę sukcesy, a kiedy się potykam wstaję z podniesioną głową i idę dalej. To cudowne mieć świadomość, że najważniejsza osoba w naszym życiu wierzy i nie zadaje sobie pytania ”dlaczego moje dziecko?” tylko z dumą w oczach mówi ”to jest moje dziecko!”.
 
I dziś za to dziękuję.
Za to słońce, które nie przyćmiły żadne szare chmury. 
 

Do napisania tego postu zainspirowały mnie mamy niepełnosprawnych dzieci, które pragnął, aby ich pociechy były tak otwarte i pełne życia jak ja, aby radziły sobie w przyszłości i osiągały sukcesy, ale co najważniejsze… Żeby patrząc w lustro widziały wartościowego człowieka. Mam nadzieję drogie mamy, że dzięki wam, w życiu waszym i waszych pociech nigdy nie zagoszczą szare chmury, bo niepełnosprawność TO NIE WYROK.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *